Nie wiedziałem, co robię, aż do momentu, kiedy się o mały włos nie przewróciłem. Zatrzymałem się
i zdałem sprawę, że znajduję się już bardzo daleko od szkoły, w pobliskim lasku. Usiadłem na pieńku. Czułem nieodpartą energię i złość, ale nie wiedziałem,
co mam z nią zrobić. Na zewnątrz byłem jak posąg. Zero uczuć w wyrazie twarzy. Jednak coś się zmieniło. Ogarnął mnie
smutek, bo straciłem
rodziców. Zostałem sierotą, chociaż miałem osiemnaście lat.
Tysiące myśli przechodzą
mi po głowie,
na żadnej
nie mogę się skupić, lecz
muszę coś zrobić. Pierwsza – moja
siostra. Jest ode mnie młodsza,
na pewno znosi to bardzo źle. Muszę być przy
niej. Podjąłem decyzję, poszedłem
do domu. Nie byłem pewien,
jak ona to przyjęła,
bo zapewne już wiedziała.
Co zrobię? Nie wiem.
Wszedłem do domu. Jazzy razem z ciocią siedziały w pokoju na kanapie. Siostra płakała, ciocia ją obejmowała i też roniła łzy. Podszedłem do nich i nie wytrzymałem. Zacząłem ryczeć. Strasznym widokiem było cierpienie najbliższych osób,
ale sam nie wiedziałem, co ze swoim bólem zrobić, a co dopiero z czyimś. Nigdy tego nie zapomnę.
Kilka kolejnych dni były okropne. Przygotowania do pogrzebu, histerie siostry. Czułem się w takich chwilach bezsilny, nie miałem pojęcia jak ją uspokoić, co powiedzieć. Wziąłem na siebie jej ból i swój, chciałem jakoś ulżyć w cierpieniu innym. Czułem się teraz odpowiedzialny za Jazzy.
Niestety, o wszystkich chciałem zadbać, jednak nie pomyślałem o sobie. Tłumiłem wszystko w środku. Nie miałem komu się wygadać, zwierzyć. Kiedyś takim moim przyjacielem był tata. Jego już nie ma, należy do przeszłości. Do głowy przychodzi mi pewien tekst piosenki: „Nie ma cię, gdy moje życie spada w dół. Nie ma cię, gdy wszystko łamie się na pół. Nie ma cię i nie wiem już gdzie jesteś, ale dobrze, że nie wiesz, co u mnie, bo pękłoby ci serce.” Mam nadzieję, że rodzice nie czują tego, co ja, tylko są szczęśliwi. Najchętniej bym się poddał. Wdziera się teraz pytanie, co z tego będę miał, co mi to da? Wydaje się to takie proste. Chyba będę czuł ulgę, ale czy na pewno? Nie mam siły się z tym wszystkim użerać. Czy po takiej stracie da się dalej żyć? Pytania, na które nikt mi nie udzieli odpowiedzi.
Przyglądam się Jazzy i stwierdzam, że ona radzi sobie z tym wszystkim lepiej ode mnie. Podczas tych kilku dni zżyliśmy
się bardzo ze sobą. Ciocia mówi, że powinniśmy się trzymać razem i w najtrudniejszych chwilach się wspierać. Dużo rozmawiamy ze sobą, a raczej siostra mówi, a ja słucham i próbuję ją pocieszać. O swoich uczuciach nic nie mówię.
Jest mi coraz ciężej. Depresja? Mam ochotę z tym wszystkim skończyć. Do szkoły nie chodzę już od dwóch tygodni. O pogrzebie nic nie będę mówił, bo nie ma, o czym. Ostatnio dużo o sobie myślę. Ciotka próbuje mi wmówić, że muszę iść do psychologa. Ale po co, skoro już sam potrafię sobie radzić. W dzień zwykle siedzę przy komputerze, zresztą do bardzo późna. A jak czuję się zmęczony, to biorę tabletki nasenne, które zostawiła mama. Flakonik był pełny. Przy dobrym gospodarowaniu starczy mi na trzy tygodnie. Co później będzie, o to się na razie nie martwię. Jedna tabletka dziennie zwykle mi wystarcza, ale nieraz nawet dwie to za mało.
Pokłóciłem się z ciocią. Co ona sobie wyobraża, że będzie mi rozkazywać? Nawet nie zauważyłem, że od pogrzebu zadomowiła się u nas. Jest to siostra mamy. Zawsze bardzo lubiłem, kiedy przychodziła, ale to było przed wypadkiem. Teraz jest wręcz przeciwnie. Jej obecność mnie drażni. Posprzeczaliśmy się, bo zaczęła mi truć o jakimś spotkaniu z psychiatrą. Chce ze mnie wariata zrobić?! Kiedy mówiła o psychologu, puszczałem to mimo uszu, bo tylko mnie próbowała namówić, a teraz umówiła mnie. To jest zasadnicza różnica. Lekarz miał przyjść do nas niedługo, wkurzyłem się i powiedziałem, żeby się nie wtrącała w moje życie. Wybiegłem z domu i poszedłem do parku. Chodziłem w kółko tymi samymi ścieżkami. Minęło kilka godzin, ale w końcu podjąłem decyzję. Nie będę uciekał przed tym wszystkim, co mi pisane. Wyprzedzę następne tragedie, które zapewne mi się przytrafią i raz na zawsze z tym skończę.
Poszedłem do domu. Ciocię uspokoiłem i przeprosiłem. Z Jazzy chwilę porozmawiałem i poszedłem do siebie, bo niby byłem zmęczony. Wyjąłem buteleczkę z proszkami nasennymi. Zostało mi trzynaście. Miejmy nadzieję, że wystarczy. Brałem po trzy i popijałem wodą. Po paru miałem już dosyć, ale musiałem skończyć to, co zacząłem. Zwykle jak łykałem jedną tabletkę, za-sypiałem przeciętnie po piętnastu minutach. Teraz jak będzie? Nie wiem. Wziąłem jeszcze kartkę i długopis, i napisałem kilka słów do siostry, cioci i ogólnie do wszystkich znajomych.
Zrobiło mi się niedobrze. Z trudem powstrzymałem się od zwrócenia proszków. Położyłem się na łóżku i próbowałem uspokoić. Stałem przed obliczem śmierci i nie wiedziałem, co nastanie. Nie mogłem tak leżeć i czekać. Wstałem, zamknąłem jeszcze cicho pokój na klucz. Podszedłem do okna. Moim oczom ukazał się plan miasta. W tym samym momencie nogi zaczęły się pode mną uginać. Osunąłem się na ziemię podpierając się o ścianę. Nic nie słyszałem. Przed oczami pustka. Już po wszystkim?
-----------------------------------------------------------------------
No hejcia ;) To jest już drugi rozdział mojego opowiadania :) Mam nadzieję, że się wam podoba. To dopiero początek opowiadania, a główna BOHATERKA będzie już w trzecim rozdziałe. Jeśli ktoś tu jest to prosze niech to skomentuje nawet zwykłą kropką :)Co zrobię? Nie wiem.
Wszedłem do domu. Jazzy razem z ciocią siedziały w pokoju na kanapie. Siostra płakała, ciocia ją obejmowała i też roniła łzy. Podszedłem do nich i nie wytrzymałem. Zacząłem ryczeć. Strasznym widokiem było cierpienie najbliższych osób,
ale sam nie wiedziałem, co ze swoim bólem zrobić, a co dopiero z czyimś. Nigdy tego nie zapomnę.
Kilka kolejnych dni były okropne. Przygotowania do pogrzebu, histerie siostry. Czułem się w takich chwilach bezsilny, nie miałem pojęcia jak ją uspokoić, co powiedzieć. Wziąłem na siebie jej ból i swój, chciałem jakoś ulżyć w cierpieniu innym. Czułem się teraz odpowiedzialny za Jazzy.
Niestety, o wszystkich chciałem zadbać, jednak nie pomyślałem o sobie. Tłumiłem wszystko w środku. Nie miałem komu się wygadać, zwierzyć. Kiedyś takim moim przyjacielem był tata. Jego już nie ma, należy do przeszłości. Do głowy przychodzi mi pewien tekst piosenki: „Nie ma cię, gdy moje życie spada w dół. Nie ma cię, gdy wszystko łamie się na pół. Nie ma cię i nie wiem już gdzie jesteś, ale dobrze, że nie wiesz, co u mnie, bo pękłoby ci serce.” Mam nadzieję, że rodzice nie czują tego, co ja, tylko są szczęśliwi. Najchętniej bym się poddał. Wdziera się teraz pytanie, co z tego będę miał, co mi to da? Wydaje się to takie proste. Chyba będę czuł ulgę, ale czy na pewno? Nie mam siły się z tym wszystkim użerać. Czy po takiej stracie da się dalej żyć? Pytania, na które nikt mi nie udzieli odpowiedzi.
Przyglądam się Jazzy i stwierdzam, że ona radzi sobie z tym wszystkim lepiej ode mnie. Podczas tych kilku dni zżyliśmy
się bardzo ze sobą. Ciocia mówi, że powinniśmy się trzymać razem i w najtrudniejszych chwilach się wspierać. Dużo rozmawiamy ze sobą, a raczej siostra mówi, a ja słucham i próbuję ją pocieszać. O swoich uczuciach nic nie mówię.
Jest mi coraz ciężej. Depresja? Mam ochotę z tym wszystkim skończyć. Do szkoły nie chodzę już od dwóch tygodni. O pogrzebie nic nie będę mówił, bo nie ma, o czym. Ostatnio dużo o sobie myślę. Ciotka próbuje mi wmówić, że muszę iść do psychologa. Ale po co, skoro już sam potrafię sobie radzić. W dzień zwykle siedzę przy komputerze, zresztą do bardzo późna. A jak czuję się zmęczony, to biorę tabletki nasenne, które zostawiła mama. Flakonik był pełny. Przy dobrym gospodarowaniu starczy mi na trzy tygodnie. Co później będzie, o to się na razie nie martwię. Jedna tabletka dziennie zwykle mi wystarcza, ale nieraz nawet dwie to za mało.
Pokłóciłem się z ciocią. Co ona sobie wyobraża, że będzie mi rozkazywać? Nawet nie zauważyłem, że od pogrzebu zadomowiła się u nas. Jest to siostra mamy. Zawsze bardzo lubiłem, kiedy przychodziła, ale to było przed wypadkiem. Teraz jest wręcz przeciwnie. Jej obecność mnie drażni. Posprzeczaliśmy się, bo zaczęła mi truć o jakimś spotkaniu z psychiatrą. Chce ze mnie wariata zrobić?! Kiedy mówiła o psychologu, puszczałem to mimo uszu, bo tylko mnie próbowała namówić, a teraz umówiła mnie. To jest zasadnicza różnica. Lekarz miał przyjść do nas niedługo, wkurzyłem się i powiedziałem, żeby się nie wtrącała w moje życie. Wybiegłem z domu i poszedłem do parku. Chodziłem w kółko tymi samymi ścieżkami. Minęło kilka godzin, ale w końcu podjąłem decyzję. Nie będę uciekał przed tym wszystkim, co mi pisane. Wyprzedzę następne tragedie, które zapewne mi się przytrafią i raz na zawsze z tym skończę.
Poszedłem do domu. Ciocię uspokoiłem i przeprosiłem. Z Jazzy chwilę porozmawiałem i poszedłem do siebie, bo niby byłem zmęczony. Wyjąłem buteleczkę z proszkami nasennymi. Zostało mi trzynaście. Miejmy nadzieję, że wystarczy. Brałem po trzy i popijałem wodą. Po paru miałem już dosyć, ale musiałem skończyć to, co zacząłem. Zwykle jak łykałem jedną tabletkę, za-sypiałem przeciętnie po piętnastu minutach. Teraz jak będzie? Nie wiem. Wziąłem jeszcze kartkę i długopis, i napisałem kilka słów do siostry, cioci i ogólnie do wszystkich znajomych.
Zrobiło mi się niedobrze. Z trudem powstrzymałem się od zwrócenia proszków. Położyłem się na łóżku i próbowałem uspokoić. Stałem przed obliczem śmierci i nie wiedziałem, co nastanie. Nie mogłem tak leżeć i czekać. Wstałem, zamknąłem jeszcze cicho pokój na klucz. Podszedłem do okna. Moim oczom ukazał się plan miasta. W tym samym momencie nogi zaczęły się pode mną uginać. Osunąłem się na ziemię podpierając się o ścianę. Nic nie słyszałem. Przed oczami pustka. Już po wszystkim?
-----------------------------------------------------------------------
Do trzeciego rozdziału...
Biedny Justin , czekam nn <3
OdpowiedzUsuńCiekawie sie zaczyna czekam na nn informuj mnie @maja378 Twitter
OdpowiedzUsuń