20 października 2013

Rozdział 2
 Nie wie­działem, co ro­bię, aż do mo­men­tu, kiedy się o mały włos nie przewróciłem. Zat­rzy­małem się i zdałem sprawę, że znaj­duję się już bar­dzo da­leko od szkoły, w pob­liskim las­ku. Usiadłem na pieńku. Czułem nieod­partą ener­gię i złość, ale nie wie­działem, co mam z nią zro­bić. Na zewnątrz byłem jak posąg. Ze­ro uczuć w wy­razie twarzy. Jed­nak coś się zmieniło. Ogarnął mnie smu­tek, bo stra­ciłem rodziców. Zos­tałem sierotą, cho­ciaż miałem osiem­naście lat. Ty­siące myśli przechodzą mi po głowie, na żad­nej nie mogę się sku­pić, lecz muszę coś zro­bić. Pier­wsza – mo­ja sios­tra. Jest ode mnie młod­sza, na pew­no zno­si to bar­dzo źle. Muszę być przy niej. Podjąłem de­cyzję, poszedłem do do­mu. Nie byłem pe­wien, jak ona to przyjęła, bo za­pew­ne już wie­działa.
Co zro­bi
ę? Nie wiem.
Wszed
łem do do­mu. Jazzy ra­zem z ciocią sie­działy w po­koju na ka­napie. Sios­tra płakała, ciocia ją obej­mo­wała i też ro­niła łzy. Pod­szedłem do nich i nie wyt­rzy­małem. Zacząłem ryczeć. Strasznym wi­dokiem było cier­pienie naj­bliższych osób,
ale sam nie wie­dzia
łem, co ze swoim bólem zro­bić, a co do­piero z czyimś. Nig­dy te­go nie za­pomnę.
Kil­ka ko­lej­nych dni by
ły ok­ropne. Przy­goto­wania do pog­rze­bu, his­te­rie sios­try. Czułem się w ta­kich chwi­lach bez­silny, nie miałem pojęcia jak ją us­po­koić, co po­wie­dzieć. Wziąłem na siebie jej ból i swój, chciałem ja­koś ulżyć w cier­pieniu in­nym. Czułem się te­raz od­po­wie­dzial­ny za Jazzy.
Nies­te­ty, o wszys­tkich chcia
łem zad­bać, jed­nak nie po­myślałem o so­bie. Tłumiłem wszys­tko w środ­ku. Nie miałem ko­mu się wy­gadać, zwie­rzyć. Kiedyś ta­kim moim przy­jacielem był ta­ta. Je­go już nie ma, na­leży do przeszłości. Do głowy przychodzi mi pe­wien tek­st piosen­ki: „Nie ma cię, gdy mo­je życie spa­da w dół. Nie ma cię, gdy wszys­tko łamie się na pół. Nie ma cię i nie wiem już gdzie jes­teś, ale dob­rze, że nie wiesz, co u mnie, bo pękłoby ci ser­ce.” Mam nadzieję, że rodzi­ce nie czują te­go, co ja, tyl­ko są szczęśli­wi. Naj­chętniej bym się pod­dał. Wdziera się te­raz py­tanie, co z te­go będę miał, co mi to da? Wy­daje się to ta­kie pros­te. Chy­ba będę czuł ulgę, ale czy na pew­no? Nie mam siły się z tym wszys­tkim użerać. Czy po ta­kiej stra­cie da się da­lej żyć? Py­tania, na które nikt mi nie udzieli od­po­wie­dzi.
Przygl
ądam się Jazzy i stwier­dzam, że ona radzi so­bie z tym wszys­tkim le­piej ode mnie. Pod­czas tych kil­ku dni zżyliśmy
si
ę bar­dzo ze sobą. Ciocia mówi, że po­win­niśmy się trzy­mać ra­zem i w naj­trud­niej­szych chwi­lach się wspierać. Dużo roz­ma­wiamy ze sobą, a raczej sios­tra mówi, a ja słucham i próbuję ją po­cie­szać. O swoich uczu­ciach nic nie mówię.
Jest mi co­raz ci
ężej. Dep­resja? Mam ochotę z tym wszys­tkim skończyć. Do szkoły nie chodzę już od dwóch ty­god­ni. O pog­rze­bie nic nie będę mówił, bo nie ma, o czym. Os­tatnio dużo o so­bie myślę. Ciot­ka próbu­je mi wmówić, że muszę iść do psycho­loga. Ale po co, sko­ro już sam pot­ra­fię so­bie radzić. W dzień zwyk­le siedzę przy kom­pu­terze, zresztą do bar­dzo późna. A jak czuję się zmęczo­ny, to biorę tab­letki na­sen­ne, które zos­ta­wiła ma­ma. Fla­konik był pełny. Przy dob­rym gos­po­daro­waniu star­czy mi na trzy ty­god­nie. Co później będzie, o to się na razie nie mar­twię. Jed­na tab­letka dzien­nie zwyk­le mi wys­tar­cza, ale nieraz na­wet dwie to za mało.
Pok
łóciłem się z ciocią. Co ona so­bie wyob­raża, że będzie mi roz­ka­zywać? Na­wet nie zauważyłem, że od pog­rze­bu za­domo­wiła się u nas. Jest to sios­tra ma­my. Zaw­sze bar­dzo lu­biłem, kiedy przychodziła, ale to było przed wy­pad­kiem. Te­raz jest wręcz prze­ciw­nie. Jej obec­ność mnie drażni. Pos­przecza­liśmy się, bo zaczęła mi truć o ja­kimś spot­ka­niu z psychiatrą. Chce ze mnie wa­riata zro­bić?! Kiedy mówiła o psycho­logu, puszczałem to mi­mo uszu, bo tyl­ko mnie próbo­wała namówić, a te­raz umówiła mnie. To jest za­sad­nicza różni­ca. Le­karz miał przyjść do nas niedługo, wkurzyłem się i po­wie­działem, żeby się nie wtrącała w mo­je życie. Wy­biegłem z do­mu i poszedłem do par­ku. Chodziłem w kółko ty­mi sa­mymi ścieżka­mi. Minęło kil­ka godzin, ale w końcu podjąłem de­cyzję. Nie będę uciekał przed tym wszys­tkim, co mi pi­sane. Wyp­rzedzę następne tra­gedie, które za­pew­ne mi się przyt­ra­fią i raz na zaw­sze z tym skończę.
Poszed
łem do do­mu. Ciocię us­po­koiłem i przep­ro­siłem. Z Jazzy chwilę po­roz­ma­wiałem i poszedłem do siebie, bo ni­by byłem zmęczo­ny. Wyjąłem bu­teleczkę z proszka­mi na­sen­ny­mi. Zos­tało mi trzy­naście. Miej­my nadzieję, że wys­tar­czy. Brałem po trzy i po­pijałem wodą. Po pa­ru miałem już do­syć, ale mu­siałem skończyć to, co zacząłem. Zwyk­le jak łykałem jedną tab­letkę, za-sy­piałem prze­ciętnie po piętnas­tu mi­nutach. Te­raz jak będzie? Nie wiem. Wziąłem jeszcze kar­tkę i długo­pis, i na­pisałem kil­ka słów do sios­try, cioci i ogólnie do wszys­tkich zna­jomych.
Zro­bi
ło mi się niedob­rze. Z tru­dem pow­strzy­małem się od zwróce­nia proszków. Położyłem się na łóżku i próbo­wałem us­po­koić. Stałem przed ob­liczem śmier­ci i nie wie­działem, co nas­ta­nie. Nie mogłem tak leżeć i cze­kać. Wstałem, zam­knąłem jeszcze cicho pokój na klucz. Pod­szedłem do ok­na. Moim oczom uka­zał się plan mias­ta. W tym sa­mym mo­men­cie no­gi zaczęły się po­de mną ugi­nać. Osunąłem się na ziemię pod­pierając sięścianę. Nic nie słyszałem. Przed ocza­mi pus­tka. Już po wszys­tkim?

-----------------------------------------------------------------------
No hejcia ;) To jest już drugi rozdział mojego opowiadania :) Mam nadzieję, że się wam podoba. To dopiero początek opowiadania, a główna BOHATERKA będzie już w trzecim rozdziałe. Jeśli ktoś tu jest to prosze niech to skomentuje nawet zwykłą kropką :)
Do trzeciego rozdziału...


2 komentarze:

Jeden komentarz to jeden uśmiech na twarzy autorki ;)

« »
Layout by TYLER